Richard Dawkins #1: Czy Jezus mógł pomylić się co do swej boskości?

richard dawkins

„Powszechnie przytaczany jest argument (przypisywany zwykle C.S. Lewisowi, którego autorytet w tych kwestiach nie powinien dziwić), że skoro Jezus mówił o sobie, że jest Synem Bożym, to albo mówił prawdę, albo musiałby być człowiekiem chorym lub kłamcą – „szalony, zły lub boski” (…); (…) trylemat ten w sposób oczywisty jest niewystarczający. Istnieje jeszcze możliwość czwarta, tak rzucająca się w oczy, że aż dziwne, że ją pominięto: otóż Jezus mógł po prostu szczerze i uczciwie się mylić. Wielu ludziom się to zdarza.” [1]

– Richard Dawkins

Przytoczone powyżej słowa Richarda Dawkinsa, uzupełnione zostały w dalszej części wypowiedzi o zarzut braku „rzetelnych, historycznych dowodów, iż (historyczny) Chrystus uważał się za Boga”. Abstrahując jednak od powyższego, chciałbym skoncentrować się w niniejszym tekście wyłącznie na rzekomej czwartej możliwości zaproponowanej przez Dawkinsa. Dla porządku argumentacji, warto przytoczyć w tym miejscu fragment wypowiedzi C.S. Lewisa, z którą prawdopodobnie polemizuje słynny ateista:

Ktoś, kto byłby tylko człowiekiem, a zarazem mówił takie rzeczy jak Jezus, nie mógłby być wielkim nauczycielem moralności. Byłby albo szaleńcem – niczym człowiek, który utrzymuje, że jest sadzonym jajem – albo szatanem z piekła rodem. Trzeba wybierać. Ten człowiek albo był i jest Synem Bożym – albo szaleńcem, lub czymś jeszcze gorszym.[2]

Richard Dawkins oznajmia zatem z nutką irytacji, iż nad wyraz oczywistym jest istnienie czwartej możliwości ustalenia tożsamości Jezusa Chrystusa (obok choroby, oszustwa lub boskości). Wystarczy wyobrazić sobie, że Jezus najzwyczajniej w świecie po prostu szczerze i uczciwie się mylił. Autor Boga urojonego nie omieszkał dodać przy tym, iż przecież zdarza się to wielu ludziom. Czy aby na pewno? Ludziom zdarza się pomylić chwilowo imiona dzieci, trwać w szczerej nieświadomości braku środków na rachunku bankowym lub żyć w błędnym mniemaniu co do swoich urojonych talentów. Śmiem jednak szczerze i uczciwie wątpić czy pomyłka co do własnej boskości może przydarzyć się Kowalskiemu ot tak, jak przypalenie zupy lub zostawienie włączonych świateł w samochodzie.

W jaki sposób zareagowalibyśmy na twierdzenia sąsiada, który zacząłby na poważnie przypisywać sobie boskie prerogatywy? Wybaczać grzechy, przemawiać w imieniu Boga Ojca (!), wierzyć w swoje pozaczasowe istnienie oraz ogłaszać, że jest uwielbianym przez Absolut (przy jednoczesnym lekceważeniu grożących niebezpieczeństw)? Dawkins zapewne nie zwróciłby na ten fakt większej uwagi, dochodząc do wniosku, że pomyłki zdarzają się przecież wielu ludziom. Cała reszta zadzwoniłaby natychmiast do krewnych delikwenta, z prośbą o pilne zabranie go do najbliższej placówki medycznej. Należy podkreślić jeszcze jedną zasadniczą uwagę. Dawkins zakłada, że owa pomyłka (szczera i autentyczna!) nie mieści się w zakresie pojęcia choroby. Łatwo zrozumieć dlaczego – mielibyśmy wtedy do czynienia wyłącznie z przeformułowaniem tezy artykułowanej przez zwolenników chrześcijaństwa, a więc z bezzasadnością poczynionej przez Dawkinsa uwagi. Swoją drogą, naprawdę trudno wyobrazić sobie bardziej klarowny przykład urojenia wielkościowego niż przekonanie o własnej boskości. Rację mają więc ci, którzy odrzucając boskość Chrystusa, kwestionują zarazem jego duchowe kwalifikacje i status wielkiego nauczyciela moralności.

Abstrahując od powyższego, siła chrześcijańskiej argumentacji nie leży wyłącznie w tym, że Jezus Chrystus nie mógł się pomylić, ale w tym, że gdyby się pomylił, dla wszystkich wokół byłoby to oczywiste. Pomijając oczywiste różnice kulturowo-społeczne, gdyby ktoś w naszych czasach – nawet w najbardziej zabobonnych i niewyedukowanych regionach – zaczął uważać się „szczerze i uczciwie” za Boga, jak dużym prawdopodobieństwem określić można fakt zdobycia przez niego posłuchu wśród okolicznych mieszkańców, a następnie wśród członków społecznych i intelektualnych elit? Czy człowiek wystarczająco niemądry, aby przypisywać sobie mylnie ontologiczny status Boga, byłby w stanie przedstawić argumentację zdolną do zdobycia najpierw uwagi, a później najgłębszego ośrodka egzystencji znawców Prawa Mojżeszowego? O ile Chrystus domagał się wiary wielkości ziarna gorczycy, o tyle Dawkins wymaga od swoich czytelników wiary wielkości ciężarówki ziaren gorczycy. Wiary w to, że infantylnemu, subiektywnemu i oczywiście absurdalnemu przekonaniu żywionemu przez człowieka o minimalnym ilorazie inteligencji (wszak jest zdrowy, szczery i autentyczny!) towarzyszyć mogła wzniosła, porywająca i nieodparta retoryka kazania na górze, a także zadziwiająco logiczna reinterpretacja Judaizmu. Wiary w to, że człowiek na tyle niemądry, aby wyznawać swą boskość, okazał się być wystarczająco mądry, aby przez lata skutecznie maskować fakt jej zupełnego braku. Wiary w to, że u podstaw potężnej filozoficzno-religijnej myśli, która stała się de facto fundamentem europejskiej cywilizacji, legła zwykła (?) pomyłka żydowskiego cieśli. W końcu, wiary w to, że kilka miesięcy po tragicznej śmierci rzekomego Syna Bożego, racjonalni i zdrowi na umyśle ludzie gotowi byli oddać życie w obronie jego boskości. A nawet jeśli założymy, że ktoś po prostu wykorzystał smutną historię uczciwego poczciwca w celu wykreowania nieprawdziwej historii, Dawkins wymaga wiary w to, że istnieją jakiekolwiek przesłanki pozwalające twierdzić, że tak wyrafinowana społecznie operacja nie tylko mogła osiągnąć zamierzony cel (absolutnie niezrozumiały w historycznym kontekście!), ale i wymknąć się spod kontroli w celu samoistnego podbicia ówczesnego świata.

Konkludując, Dawkins niszczy wiarę zachłannie domagając się wiary. Utworzony przez niego koncept nie wytrzymuje jednak naporu zdroworozsądkowych argumentów, a triada „szaleniec, oszust, Syn Boży” wydaje się być w równie dobrej kondycji jak kiedykolwiek wcześniej. Historia żydowskiego Nauczyciela, źródłowy zapis jego boskiej samoświadomości, a także historyczny kontekst społecznej reakcji na rodzące się chrześcijaństwo nadal rzucają wyzwanie wątpiącym w wiarygodność Ewangelii. Jeśli bowiem to nie Bóg „wymyślił” Jezusa Chrystusa, to kto to zrobił, w jakim celu i jakim cudem?

 


 

[1] R. Dawkins, Bóg urojony, Wydawnictwo CiS, Warszawa 2008, s. 137.

[2] C. S. Lewis, Chrześcijaństwo po prostu, wyd. Media Rodzina, s. 61.

The following two tabs change content below.
Bartosz Sokół

Bartosz Sokół

Absolwent prawa na Uniwersytecie Śląskim oraz teologii w Wyższej Szkole Teologiczno-Społecznej w Warszawie. Interesuje się historią chrześcijaństwa w kontekstach społecznych i kulturowych, filozofią oraz apologetyką. Zachwycony Chrystusem.

Podziel się swoją opinią!