Dwie Księgi Boga

dwie ksiegi boga

Wiele ognistych sporów ideologicznych, zwłaszcza dotyczących wzajemnej relacji nauki i wiary, wyrasta na podłożu nieumiejętnego i niedorzecznego kwantyfikowania argumentów. Na jednym biegunie domniemanego konfliktu stoi niemała pikieta gorliwych chrześcijan emocjonalnie wymachujących pewną księgą, drugie zaś ekstremum to całkiem pokaźne gremium uczonych równie roszczeniowo co i ckliwie przerzucających karty książek. Godnym głębszego zastanowienia jest to, że w całej wrzawie najgłośniej rozbrzmiewa zarzut: „heretyk”. Osobliwe, iż wrogo skandują zarówno jedni, jak i drudzy. To chyba wszystko o tym, co ich łączy. Co więc ich tak podzieliło? Otóż po tej stronie szańca czytuje się jedną księgę, ci drudzy zaś mają ich niebagatelnie więcej. Ot, powód! Czy w istocie słuszny?

Skrajność jako wybór: coś przyjmujesz, coś odrzucasz

Powszechne przekonanie co do zasadności napięcia na linii nauka-wiara posiada coraz więcej znamion dogmatu: tak po prostu jest, czy to ważne dlaczego? Naturalistyczne wytłumaczenie wielu fenomenów dotychczas przypisywanych działaniu sił nadprzyrodzonych sprawiło, że we współczesnym mainstreamowym świecie Bóg przestał być potrzebny. Niespotykana dotąd skala postępu w obszarach nauk przyrodniczych i ścisłych zaowocowała wzmożonym poczuciem samowystarczalności człowieka. Koncepcja Boga musiała zatem ustąpić przed istnym renesansem rozumu i z podkulonym ogonem poszła do lamusa, gdzie też upatruje się jej miejsca. Chrześcijaństwo stało się czymś wstydliwym, wiara jest dla mięczaków, a z Boga się po prostu wyrasta, tak jak wyrasta się ze Świętego Mikołaja. Pomimo faktu, iż wzajemne oddziaływanie nauki i wiary stało się areną wielu ludzkich namiętności, relatywnie niewiele uwagi poświęca się konstruktywnej ekspozycji argumentów zwolenników i oponentów chrześcijańskiego światopoglądu. Nie warto wszakże strzępić języka. Samej nauce często hołduje się tak, iż urasta do rangi bóstwa wyłącznie upoważnionego do rozstrzygania w co i jak należy wierzyć. Nierzadko więc nadużywa się metod naukowych, zuchwale oczekując, iż udzielą nam ostatecznej odpowiedzi na pytania leżące poza zakresem ich kompetencji.

Co ciekawe, dogmatyczna wiara w odwiecznie wrogie relacje na linii nauka-wiara cechuje także tych, którzy ideę Boga przedkładają ponad życie. Są to takie osoby, które wczytując się w karty Biblii bądź też wysłuchując z sercem na dłoni płomiennych przemówień jedynych słusznych komentatorów Pisma Świętego zbudowali swoją własną teorię wszystkiego i zamierzają jej bronić za cenę faktów. Granica dzieląca zdrową wiarę i chorą naiwność jest wystarczająco cienka, by łatwo przeoczyć różnicę pomiędzy obiektywną interpretacją danych a samostanowieniem rzeczywistości alternatywnej. Ponieważ nauka stała się bardzo inwazyjna w dziedzinie wyjaśniania wszelkich zjawisk przyrodniczych, zaczyna być postrzegana jako śmiertelny wróg wszystkiego, co boskie. Przedstawiciele takiego nurtu z gorliwością godną lepszej sprawy wytaczają coraz to bardziej archaiczne działa modląc się (bo aż tyle pozostaje), by choć jedna kula osiągnęła pułap. A skoro – mimo takiej salwy – przeciwnik miewa się dobrze, odpowiednią troską należy otaczać własne szeregi, aby nie upadały morale. Bo jeszcze ktoś gotów kwestionować, że ziemia jest płaska. A przecież godziłoby to – ponoć – w objawione prawdy Pisma!

Czy na tak głęboko zakorzeniony konflikt można znaleźć dedykowane remedium? Stawiam odważną tezę, że tak. I paradoksalnie, rozwiązanie problemu może być zaszyte w poprawnym zdefiniowaniu obszarów kompetencji zarówno nauki, jak i chrześcijańskiej wiary; cała batalia stanie się wtedy bezprzedmiotowa.

Natura – Księga Bożych Czynów

Rozwój nowoczesnej nauki ma wiele do zawdzięczenia Francisowi Baconowi, jednemu z twórców nowożytnej metody naukowej opartej na eksperymencie i indukcji. Uważał on, że Bóg przemówił do człowieka w dwóch wielkich „księgach”: jedną jest Księga Natury (stworzony świat), drugą zaś Księga Pisma (objawione Słowo). Natura mówi o stworzeniu, Biblia zaś – o Stwórcy. W takim rozumieniu nauka i chrześcijańska wiara nie tylko się nie wykluczają, ale nawet są komplementarne.

Otaczający nas Wszechświat badany metodami naukowymi stanowi wyciągnięty palec u dłoni, niezmiennie wskazujący na swego Stwórcę. Właśnie to stanowi meritum Księgi Natury – księgi, która wszak różni się od klasycznych książek. Nie składa się bowiem z czarnych literek na białym tle; dużo bardziej przypomina książkę obrazkową, oferującą czytelnikowi dość ogólny pogląd na zadany problem. Odpowiednie instrumenty naukowe pozwalają ubrać obserwowane przez nas „obrazki” w język matematyki i standaryzować za pomocą adekwatnych praw fizyki. Umysł ludzki jest zatem nieodzowny zarówno w procesie poznawczym jak i opisowym zjawisk zachodzących we Wszechświecie. W ten właśnie sposób staramy się naturalnie zrozumieć świat, w którym żyjemy. Czy jest wobec tego możliwe, aby nadinterpretować treść tej książki? Owszem, jednakże w idealnych warunkach jest to bardzo wątpliwe. Jeśli skupimy się bowiem na samych „obrazkach”, nie wtłaczając do swoich obserwacji tzw. światopoglądu naukowego, byłoby niemałym osiągnięciem nazwanie krzesła samochodem. Bardziej prawdopodobne natomiast, że popełnimy błąd, chcąc dodefiniować potencjalnego producenta analizowanego obiektu. Nie sposób bowiem tego zaobserwować tzw. nieuzbrojonym okiem.

Pogląd Bacona, że nauka jest najpierw zbieraniem faktów, a potem tworzeniem teorii, jest jednak nie do końca słuszny. Zazwyczaj naukowiec uprzednio posiada określoną teorię, którą następnie weryfikuje na drodze eksperymentu – w przeciwnym razie zbieraniu danych nie byłoby końca. Gdyby wnioski były naturalną konsekwencją eksperymentu, dlaczego na podstawie obserwacji tego samego Układu Słonecznego Mikołaj Kopernik doszedł do biegunowo innych konkluzji, niż najwybitniejszy astronom XVI wieku, osławiony Tycho de Brahe? Czy można aż tak się pomylić co do kinetyki ciał niebieskich, jeżeli naukowe obserwacje nie są skażone żadnym uprzedzeniem? Jakie pobudki kierowałyby Albertem Einsteinem, aby tak zaciekle zwalczać kwantową wizję Wszechświata, która de facto była bezpośrednią spuścizną jego własnych dociekań? Chociaż Księga Natury to zapierające dech w piersiach ilustracje, nie jest ciężko nadinterpretować ich treść. Zwłaszcza, gdy dogmatyczne wnioski poprzedzają właściwy eksperyment, a metody badawcze są namiętnie wykorzystywane poza zakresem ich kompetencji.

Biblia – Księga Bożych Słów

Obserwowalny świat przyrody nie jest jedyną księgą, która wyszła spod pióra Wspaniałego Architekta. Belgijskie Wyznanie Wiary (tzw. Konfesja Belgijska), napisane przez Guido de Bres, zawiera interesujący ustęp: „Boga możemy poznać na dwa sposoby. Po pierwsze, przez stworzenie, podtrzymywanie i rządzenie światem, które w naszych oczach jawią się niczym wspaniale zapisana księga, w której wszystkie stworzenia są literami, dzięki którym możemy oglądać niewidzialną istotę Boga – Jego wiekuistą moc i bóstwo (…). Po drugie, Bóg daje się nam poznać jeszcze wyraźniej i pełniej poprzez swoje święte i Boskie Słowo na tyle, na ile jest to nam potrzebne w tym życiu – ku Jego chwale, a naszemu zbawieniu”. Samo obserwowanie świata natury mówi tylko o niektórych, stricto fizycznych ujęciach istoty Boga. Pełne zrozumienie ponadmaterialnego i transcendentnego wymiaru Jego Osoby nie może być jednak konstruowane w oparciu o stwierdzenia natury ogólnej. Wymaga to uzupełnienia ilustrowanego księgozbioru pewną charakterystyką szczegółową i sięgnięcia po tę książkę z literkami. Nieodzownie, wymaga to Biblii.

W teologii systematycznej przyjmuje się, że oprócz objawienia ogólnego, Bóg dał się także poznać w sposób szczególny w osobie Jezusa z Nazaretu. Wcielenie stanowi swoiste ukoronowanie Bożych wysiłków nawiązania dialogu z człowiekiem i pełnego ukazania mu Swojej istoty. Właśnie o tym traktuje Biblia. Zrozumienie tej Księgi wymaga jednak czegoś zdecydowanie więcej, niż zaledwie odczytanie jej słów. Przy całej niedoskonałości tego stwierdzenia, intencją autora Pisma Świętego było nauczenie czytelników, jak się idzie do nieba, nie zaś tego, w jaki sposób niebo jest fizycznie zbudowane. Zadziwiające piękno świata i kosmosu jest w Biblii wielokrotnie wyrażone za pomocą głęboko poruszających obrazów poetyckich, które brane za traktaty naukowe mogą prowadzić do istnie astronomicznych absurdów. Niezrozumienie tego faktu wielokrotnie prowadzi do równie nonsensownych twierdzeń, jak te, z którymi tak zaciekle walczył Galileusz.

Prywatnie uważam, że to właśnie na tym etapie często dochodzi do nadużyć. Roszczeniowe domaganie się uznania fatalnie zinterpretowanych tekstów biblijnych jako twierdzeń naukowych nieuchronnie prowadzi do kolizji oraz naiwnie wystawia chrześcijaństwo na pośmiewisko środowisk akademickich. Brak jakiejkolwiek pokory w stosunku do ogólnego objawienia Boga w przyrodzie, deprecjonowanie dokonań naukowych sprzecznych z domniemanym stanowiskiem Pisma oraz kontestowanie poznawczej roli umysłu w kontakcie ze Stwórcą sprawia, że wielu chrześcijan strzela sobie w stopę, przyczyniając się do propagacji pejoratywnego wizerunku Biblii w murach uczelnianych. Boleję na wspomnienie wielu form wyrażania pobożności, które są radykalnie pozbawione jakiegokolwiek respektu dla Autora Wszechświata. Tym bardziej należy mocno akcentować fakt, iż wyłącznie interpretowanie i wykorzystywanie Pisma Świętego w zakresie właściwych intencji jego Autora może sprawić, że ów wątły płomyk Nadziei zaświeci swoim pełnym blaskiem także w umysłach wybitnych naukowców.

Nauka i wiara: wrogowie czy bracia?

Konkludując powyższe, napięcie pomiędzy nauką i wiarą musi wynikać z nadinterpretacji którejkolwiek z czytanych Ksiąg: czy to Natury, czy też Pisma. Poddam się pokusie przywołania w tym miejscu niezwykle trafnego spostrzeżenia Galileusza: „Ponieważ prawdą jest, że dwie rzeczy prawdziwe nie mogą sobie wzajem zaprzeczać, mądrzy komentatorzy powinni szukać prawdziwego sensu słów Pisma Świętego. Bez wątpienia będą one zgodne z wnioskami naukowymi, które wykazują sensowność i co do których upewniły nas konieczne doświadczenia”. W istocie, wielu wspaniałych pionierów nauki, takich jak Kepler, Bacon, Newton, Pascal czy Faraday potrafiło z powodzeniem łączyć efekty własnych dociekań intelektualnych z głęboką wiarą w Boga objawionego w Biblii. Odnoszę jednakowoż wrażenie, że zataczający obecnie coraz szersze kręgi zdumiewający brak takiej zdolności, w coraz to mniejszym stopniu dotyczy prawdziwych naukowców. Celnie skwitował to Albert Einstein w słowach: „To właśnie do sfery wiary należy przekonanie, że reguły rządzące istniejącym światem są racjonalne, że można go objąć rozumem. Nie wyobrażam sobie żadnego prawdziwego naukowca, który nie posiadałby tej głębokiej wiary”. Ja również, Panie Einstein. Ja również.

The following two tabs change content below.
Mateusz Jakubowski

Mateusz Jakubowski

Ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie z wyróżnieniem Magna Cum Laude, obecnie doktoryzuje się w zakresie nauk technicznych. Zajmuje go interakcja pomiędzy nauką a wiarą oraz rola rozumu w syntetycznym wyjaśnieniu Wszechświata.

Podziel się swoją opinią!