O wiecznej karze i analogiach sceptyków

o wiecznej karze i analogiach sceptykow

Po ostatnim spotkaniu z cyklu MYŚLĘ, WIĘC WIERZĘ w Katowicach, zadano mi kilka bardzo ciekawych pytań, na które warto odpowiedzieć w szerszy sposób. W mojej wersji, bardzo zbliżonej jednak do oryginału, brzmią one tak:

“Czy chrześcijaństwo nie straciło zdrowych proporcji? Jeśli relację Stwórcy i stworzenia można opisać analogią rodzica i dziecka, to piekło jest niczym innym niż plutonem egzekucyjnym dla dzieciaka za zbicie szyby w ogródku sąsiadki! Dlaczego błąd w życiu doczesnym miałby skutkować wieczną, niewyobrażalną w swoim okrucieństwie karą, skoro nasza świadomość odnośnie spraw boskich przypomina de facto świadomość mrówki w zakresie astrofizyki?”

Pluton egzekucyjny za zbitą szybę?

Cóż, kumulacja tych sformułowań naprawdę robi wrażenie! Czy chrześcijaństwo rzeczywiście wyrządziło Stwórcy niedźwiedzią przysługę (jeśli w ogóle taką można Stwórcy wyrządzić), malując go na wzór okrutnego stróża ludzkich poczynań? Czy Bóg jest właściwie metafizyczną i bardziej okrutną wersją bezlitosnych strażników z niesławnych peronów Auschwitz? Tam zabijano przecież z powodu narodowości, a Bóg – jak powiedzą sceptycy – zabija z powodu… człowieczeństwa. Wątpliwości, moralne słabości i skłonności do niewiary w nieweryfikowalne empirycznie rzeczywistości są przecież niezbywalnym składnikiem ludzkiej natury, wysysanym wraz z mlekiem matki. Dlaczego karać mrówkę za to, że nie potrafi wyrecytować należycie Reduty Ordona?

Bardzo lubię barwne analogie i metafory. Przypominają mosty przerzucane nad tymi przepaściami, których nie sposób wypełnić dosłownymi znaczeniami. Posiadają zadziwiającą zdolność tworzenia nowych przestrzeni zrozumienia, zbliżając do siebie obce i nieznane sobie wcześniej idee. Nie wszystkie metafory odsłaniają jednak rzeczywistość, bywają i takie, które skutecznie ją przysłaniają. Nie wszystkie służą pogłębieniu zrozumienia, niektóre prowadzą na płycizny uproszczeń i mylnych konwencji. Metafora może być narzędziem informacji lub dezinformacji, wszystko zależy bowiem od jej adekwatności. I tutaj wypada wrócić do naszego problemu – czy wieczna kara (piekło) może zostać trafnie zobrazowana przez analogię chłopca postawionego przed plutonem egzekucyjnym za zbicie szyby w ogródku sąsiadki? Moim zdaniem nie. Nie z co najmniej paru zasadniczych powodów.

Nieadekwatna metafora nie obrazuje rzeczywistości

Po pierwsze, dlaczego sceptycyzm stosuje analogię zbitej szyby, a nie na przykład okrutnie zamordowanej matki? Albo chłopca strzelającego z automatu do błagających o litość kolegów? Otóż w samym sercu tej zgrabnej przenośni – skonstruowanej w umysłach sceptyków – znajdujemy kontestację powagi rzeczywistości, którą ma obrazować. Oto z tysięcy różnego kalibru przewinień wybieramy właśnie banalność zbitej szyby, aby zobrazować coś, co chrześcijańska teologia określa mianem egzystencjalnie najwyższej i ostatecznej moralnej katastrofy, polegającej na naruszeniu najcenniejszego Dobra i sprzeciwieniu się woli Najwyższego Bytu. Dlaczego sceptycyzm próbuje obalić adekwatność fragmentu chrześcijańskiej teologii za pomocą dowolnego przeformułowania innego jej fragmentu?

Gdyby wieczna kara miała być odpowiedzią na irrelewantne i w zasadzie błahe zachowanie człowieka słusznie można byłoby mówić o niespójności i inkoherencji chrześcijańskiej teologii. Jednak grzech jest w chrześcijaństwie równie poważny jak Bóg przeciwko któremu występuje. Pozostaje sprawą na tyle doniosłej wagi, że po odkupieńczej stronie wagi stawia się najwyższą możliwą do wyobrażenia ofiarę – śmierć wcielonego Syna Bożego.

Ów brak rozpoznania ontologicznej przepaści między wykroczeniem przeciwko stworzeniu a wystąpieniem przeciwko Stwórcy pozostaje charakterystyczną cechą światopoglądu przeciwników chrześcijańskiego teizmu. Bóg traktowany jest w tym układzie jako równoprawny członek horyzontalnego porządku kreowanego przez określoną zbiorowość ludzi. Sądzi się go za pomocą tych samych praw, które regulują stosunki międzyludzkie, wskazując, iż Bóg w zasadzie nie dorasta do tego standardu. A przecież oczywistym powinno być, iż ewentualny Bóg nie tyle nie dorasta do normatywnych regulacji rzeczywistości społecznej, co raczej radykalnie je przerasta.

Zaburzenie percepcji tej ontologicznej przepaści determinuje fałszywość wniosków wyciąganych przez sceptyków. Pomyślmy o analogicznej aberracji w obrębie przykładowej relacji pomiędzy stworzeniami. Otóż mógłbym zapytać publicznie, czy moralne przyzwolenie na zabijanie niewinnych komarów nie przypomina przypadkiem obojętności świata na tragedię Holocaustu. Mimo że obie sytuacje dotyczyć będą arbitralnego pozbawiania życia innego stworzonego bytu, to doprawdy nie sądzę, aby któraś z licznych eko-organizacji podjęła temat i zaangażowała się w medialną kampanię na rzecz powstrzymania cosezonowej zagłady komarów. Porównanie tych dwóch rzeczywistości słusznie uznane zostałoby za skandaliczną utratę proporcji i gradacji problemów, niezrozumienie elementarnej hierarchii bytów, a nawet za potwarz w stosunku do ofiar Zagłady Żydów. Wszyscy rozpoznajemy bowiem ontologiczną różnicę pomiędzy komarem a człowiekiem, niemożliwą do zniwelowania nawet w ramach umownej konwencji metafory. Skoro tak, dlaczego nie rozpoznajemy ontologicznej przepaści między Bogiem a stworzeniem?

Jeśli kontrastowanie sytuacji dwóch stworzonych (a tym bardziej wyewoluowanych!) bytów – komara i człowieka – ujawnia przepaść dyskwalifikującą adekwatność wzajemnych porównań, dlaczego przepaść ta wydaje się radykalnie mniejsza(!) gdy przeciwstawiamy sobie stworzenie i… Stwórcę?

Owa ontologiczna przepaść jest przez sceptyków wręcz systemowo ignorowana, gdyż w ich najgłębszym przekonaniu ewentualny Bóg winien włożyć swoją boskość do kieszeni, zamknąć się w standardach i kryteriach stworzenia, a później milcząco aprobować wszelkie szalone pomysły człowieczego suwerena. Nijak nie wolno mu jednak czegokolwiek żądać i wymagać, a już – broń, Boże (gdyby istniał) – formułować standardów i kryteriów dla moralnych ocen postępowania człowieka. Bóg zachowujący się jak Bóg jest nie do pomyślenia dla wrażliwości ateistów zachowujących się jak ateiści. Dlatego właśnie gotowi są dobrać taką metaforę, która wystąpienie na wskroś ograniczonego, wątłego i uzależnionego stworzenia przeciwko samoistnemu i niezbywalnie niezależnemu Stwórcy – źródle wszelkiego piękna, dobra i prawdy – przyrówna do wybicia szyby w ogródku sąsiadki przez lekkomyślnego podrostka. To jednak nie jest jedyny problem z omawianą metaforą.

Beztroski dzieciak, czy zdeprawowany zwolennik emancypacji?

Beztroski dzieciak – zapominający w ferworze boiskowej walki o potencjalnie niebezpiecznych skutkach bliskiego spotkania piłki z szybą sąsiadki – nie wydaje się być trafną metaforą ludzkiej kondycji, a w szczególności – rozmyślnego kontestowania szeroko rozumianej transcendencji. Chrześcijańska teologia twierdzi przecież, iż w ramach objawienia ogólnego istnienie i moc Boga są w sposób naturalny dostępne dla ludzkiego sumienia i rozumu. Nie tylko to, gdyż w osobie Jezusa Chrystusa Bóg uczynił się widzialnym i dotykalnym dla ludzkości, poddając się badaniu i weryfikacji. Chrystus wezwał świat do wiary w Jezusa Chrystusa jako nośnik Bożego samoobjawienia dla ludzkości. Nie uczynił tego jednak bez listów uwierzytelniających. Zapisy Ewangelii – niesfalsyfikowane jak dotąd przez przeciwników ich źródłowej autentyczności – zawierają przecież dostateczną bazę argumentów i przesłanek, które właściwie zinterpretowane prowadzą do nieodpartych konkluzji. Pusty grób zmartwychwstałego Człowieka wraz z poprzedzającą ją niezwykłą i niepowtarzalną w historii świata biografią, stanowią dostateczny punkt konfrontacji z mechanizmami ludzkiej niewiary. Zeznania naocznych świadków, niepowtarzalny wpływ na historię oraz spójność z obecnymi w świecie fragmentami prawdy nakazują sądzić, że Jezus Chrystus nie był zwykłą anomalią na mapie ludzkich losów. Bóg nie ukrył się na tyle mocno, aby wszelka próba dotknięcia Jego rzeczywistości zakrawała na obiektywną niemożliwość. Nie polecił ludzkości wierzyć w nieziemskie opowieści, pomimo braku jednoczesnego dostarczenia dostatecznych przesłanek do takiej wiary. Choć nigdy nie rzucił na ziemię argumentów na tyle mocnych, aby zamknąć przestrzeń wiary i przenieść ją do kategorii oczywistości, to mimo wszystko stał się dostępny dla wyostrzonego spojrzenia wiary. Człowiek nie jest zatem mrówką, której nakazano recytować Redutę Ordona – jest raczej zdolnym, lecz zbuntowanym uczniem, który mógłby się jej nauczyć, ale woli w tym czasie poskakać po maskach samochodów, zapalić blanta i namalować graffiti na ścianach pobliskiego komisariatu policji.

Wypada się zgodzić z tymi wszystkimi, którzy w niewierze i sceptycyzmie dostrzegają jądro złożone nie tyle z intelektualnej niemożności przechylenia wagi argumentów na rzecz Boga, co raczej skazę lub nawet deformację woli, sprawiającą, że potencjalne istnienie Boga wywołuje w człowieku akt sprzeciwu i poczucie zagrożenia. O ile sceptycy zarzucają często wierzącym, że ich wiara wynika z życzeniowego oceniania rzeczywistości, o tyle dokładnie ten sam zarzut można postawić niewierzącym. Może sęk jednak w tym, że głębokie pragnienie istnienia Najwyższego Bytu, będącego źródłem ostatecznego moralnego porządku, a także domem dobra, prawdy i piękna, jest samo w sobie dobre, a przeciwne mu pragnienie nieistnienia takiego Bytu jest samo w sobie złe? Oczywiście i tutaj musimy odwołać się do jakiejś zewnętrznej i obiektywnej moralności. Do jakiej odwołają się jednak sceptycy, rozpaczliwie poszukujący wśród licznych możliwości jakiegoś zarysu fundamentu dla obiektywnej i powszechnie obowiązującej moralności?

Co w związku z tym?

Konkludując, obraz relacji pomiędzy Bogiem a stworzeniem w ramach chrześcijańskiej teologii nie może być oddany przez ilustrację dziecka wybijającego szybę w ogródku sąsiadki, ani też przez analogię mrówki, której polecono przyswoić wiedzę z obszaru astrofizyki. Ewentualne istnienie Stwórcy – samoistnego, najwyższego i osobowego Bytu – implikuje Jego nieskończoną wartość i autorytatywną nadrzędność nad wszystkim, co stworzone. A to wyklucza możliwość oddania rzeczywistości grzechu za pomocą metafory zbitej szyby. Co więcej, postulowane przez chrześcijaństwo samoobjawienie się Boga w naturze, a później w historii świata, wyklucza również analogię nieszczęśliwej mrówki zmuszanej do nauki astrofizyki, a później brutalnie karanej za brak pożądanej wiedzy. Tak sformułowane metafory zawierają w sobie pierwotny ładunek niewiary w chrześcijańską koncepcję Boga, grzechu i zbawienia, a tym samym nie mogą stanowić efektywnego argumentu przeciwko spójności chrześcijańskiej wiary.

The following two tabs change content below.
Bartosz Sokół

Bartosz Sokół

Absolwent prawa na Uniwersytecie Śląskim oraz teologii w Wyższej Szkole Teologiczno-Społecznej w Warszawie. Interesuje się historią chrześcijaństwa w kontekstach społecznych i kulturowych, filozofią oraz apologetyką. Zachwycony Chrystusem.

Podziel się swoją opinią!