Paul Kalanithi: „Dlaczego porzuciłem ateizm”

Pięknego wiosennego poranka trzeciej niedzieli Wielkiego Postu pojechałem do Kościoła z Lucy i moimi rodzicami, którzy przylecieli na weekend z Arizony. Zajęliśmy miejsca w długiej drewnianej ławie, a mama nawiązała rozmowę z ludźmi siedzącymi obok – najpierw skomplementowała oczy ich nowo narodzonej córeczki, a następnie przeszła do spraw większej wagi, dając pokaz swych umiejętności słuchacza, powiernika i bratniej duszy. Kiedy pastor czytał Pismo, nagle zacząłem chichotać. Przytoczony fragment opowiadał o frustracji Jezusa, którego metaforyczny język był przez słuchaczy rozumiany zbyt dosłownie:

Odpowiedział jej Jezus, mówiąc: Każdy, kto pije tę wodę, znowu pragnąć będzie; ale kto napije się wody, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskującej ku żywotowi wiecznemu. Rzecze do niego niewiasta: Panie, daj mi tej wody, abym nie pragnęła i tu nie przychodziła, by czerpać wodę.

Tymczasem jego uczniowie prosili go, mówiąc: Mistrzu, jedz! Ale On rzekł do nich: Ja mam pokarm do jedzenia, o którym wy nie wiecie. Wtedy uczniowie mówili między sobą: Czy kto przyniósł mu jeść?

To właśnie takie fragmenty, które w sposób otwarty wyśmiewają dosłowną interpretację Pisma, przyciągnęły mnie z powrotem do chrześcijaństwa – mniej więcej od college’u uważałem koncepcję Boga i Jezusa za, oględnie mówiąc, wątpliwą. Podczas tej przygody z żelaznym ateizmem głównym argumentem przeciw chrześcijaństwu były jego porażki na polu empirycznym. Z pewnością oświecony rozum oferował bardziej spójną wizję kosmosu; z pewnością brzytwa Ockhama pozwalała wierzącym odciąć się od ślepej wiary. Nie ma dowodu na istnienie Boga, a zatem jest rzeczą nierozsądną w Boga wierzyć.

Choć wychowywałem się w pobożnym chrześcijańskim domu, gdzie modlitwa i czytanie Pisma stanowiły codzienny wieczorny rytuał, zaufałem – podobnie jak wiele osób o ścisłych umysłach – materialistycznej koncepcji rzeczywistości; naukowej wizji świata, która oferowała kompletną metafizykę, obywając się bez przestarzałych koncepcji, takich jak dusze, bogowie i starcy w białych szatach z długimi brodami. Jako dwudziestolatek włożyłem sporo wysiłku w próby stworzenia ram dla takiej koncepcji. Po jakimś czasie ujawnił się jednak wyrazisty problem: aby uczynić naukę arbitrem w sprawach metafizycznych, trzeba pozbyć się ze świata nie tylko Boga, lecz również miłości, nienawiści, znaczenia… Słowem, trzeba przystać na świat różniący się w sposób oczywisty od tego, w którym żyjemy. Nie chcę przez to powiedzieć, że jeśli człowiek wierzy w znaczenie, musi także z konieczności wierzyć w Boga. Jeśli jednak wierzy, że nauka nie zapewnia podstaw koncepcji Boga, będzie niemalże zmuszony przyznać, że nie daje także podstaw znaczeniu, a co za tym idzie – życie jest go pozbawione. Innymi słowy, w takiej sytuacji twierdzenia egzystencjalne nie mają żadnej wagi, a jedyną wiedzą jest wiedza naukowa.

Paradoks polega na tym, że metodologia naukowa została stworzona przez człowieka i z tego względu nie ma dostępu do pewnych wiecznych prawd. Tworzymy teorie naukowe, aby zorganizować świat i skutecznie nim manipulować, zredukować fenomeny do posłusznych wielkości fizycznych. Nauka opiera się na powtarzalności i obiektywizmie. Chociaż czyni ją to potężnym narzędziem do formułowania twierdzeń na temat materii czy energii, sprawia także, że wiedza naukowa nie ma zastosowania do egzystencjalnej, wewnętrznej natury ludzkiego życia, gdzie rządzi to, co unikalne, subiektywne i nieprzewidywalne. Nauka może oferować najbardziej użyteczne sposoby organizacji empirycznych, powtarzalnych danych, ale siła, która jej to umożliwia, pociąga za sobą niezdolność do zrozumienia najważniejszych aspektów ludzkiego życia: nadziei, strachu, miłości, nienawiści, piękna, zazdrości, honoru, słabości, determinacji, cierpienia, cnoty.

Fundamentalne namiętności i teorie naukowe zawsze będzie dzielić przepaść. Żaden system myślowy nie jest w stanie pomieścić w swoich ramach pełni ludzkiego doświadczenia. Dziedzina metafizyki pozostaje domeną objawienia (to właśnie postulował Ockham, nie zaś ateizm) i tylko na tym gruncie można szukać uzasadnienia ateizmu. Prototypowym ateistą jest więc komendant z Mocy i chwały Grahama Green’a, który brak Boga odkrywa na drodze objawienia. Prawdziwy ateizm musi być ufundowany na wizji dającej wgląd w istotę świata. Ulubiony cytat wielu ateistów, pochodzący z ust nagrodzonego Noblem francuskiego biologa, Jacques’a Monoda, zaprzecza jednak temu: „Starożytne przymierze legło w gruzach; człowiek w końcu wie, że jest całkiem sam w bezdusznym ogromie wszechświata, gdzie pojawił się wyłącznie przypadkiem”.

Koniec końców powróciłem do głównych wartości chrześcijaństwa – poświęcenia, odkupienia i przebaczenia – gdyż przemawiały do mnie z wielką siłą. W Biblii istnieje napięcie między sprawiedliwością i łaską, między Starym i Nowym Testamentem. Nowy Testament mówi, że nie da się być wystarczająco dobrym – dobro to nieosiągalny ideał, do którego stale dążymy. Osobiście wierzę, że zgodnie z głównym przesłaniem Jezusa łaska zawsze bierze górę nad sprawiedliwością.

 


Powyższy tekst jest fragmentem książki Paula Kalanathi’ego „Jeszcze jeden oddech”.

Paul Kalanithi był jednym z najzdolniejszych amerykańskich neurochirurgów i ogromnym miłośnikiem poezji. Studiował na Uniwersytecie Stanforda, gdzie uzyskał tytuł magistra literatury angielskiej i licencjat z biologii człowieka. Ukończył studia magisterskie z historii i filozofii oraz medycyny na Uniwersytecie Cambridge, a także, z wyróżnieniem medycynę w Yale School of Medicine, gdzie został przyjęty do krajowego stowarzyszenia medycznego najlepszych absolwentów. Następnie wrócił do Stanford i zdobył specjalizację z neurochirurgii. Pracując w ramach stypendium podoktorskiego z zakresu neuronauki, otrzymał za swoje badania najwyższą nagrodę Amerykańskiej Akademii Chirurgii Neurologicznej.

W wieku 36 lat, po blisko 10-letniej pracy w charakterze neurochirurga i pod koniec wyczerpującej rezydentury, w momencie gdy Paulem zaczęły interesować się najważniejsze instytuty badawcze i najbardziej prestiżowe kliniki, młody lekarz usłyszał diagnozę IV stadium raka płuc. W jednej chwili Paul zmienia się z lekarza ratującego życie w pacjenta, który sam podejmuje walkę z chorobą. I zaczyna pisać. Wytrwale, strona po stronie, niezależnie od trudności, jakie przynosiła postępująca choroba.

„Jeszcze jeden oddech” to szczera, wzruszająca historia wybitnego lekarza, który stanął twarzą w twarz ze śmiercią. Zapis determinacji i świadectwo walki. Paul Kalanithi zmarł w marcu 2015 roku, niemal do ostatniej chwili pracując nad tekstem. Ta niedokończona książka doskonale oddaje ulotność naszego życia oraz ukazuje, że – paradoksalnie – czasem to śmierć uczy najpełniej, jak żyć.

The following two tabs change content below.
Myślę, więc Wierzę

Myślę, więc Wierzę

Projekt Myślę, więc Wierzę dedykowany jest racjonalnej prezentacji chrześcijańskiego światopoglądu, przy założeniu, iż pozostaje on logicznie spójny, zakorzeniony w faktach historycznych oraz kompatybilny z osiągnięciami nauki.

Podziel się swoją opinią!