Richard Dawkins #2: Umrzemy i to czyni z nas szczęściarzy?

richard dawkins

Umrzemy i to czyni z nas szczęściarzy. Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej niż ziaren piasku na pustyni. Wśród owych nienarodzonych duchów są z pewnością poeci więksi od Keatsa i uczeni więksi od Newtona. Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie. – Richard Dawkins

Ateizm w wydaniu Dawkinsa lubi przedstawiać się w roli przyjaciela zdrowego rozsądku. Nawet jeśli założyć, że rzeczywiście przyjaźń taka istnieje, to w tej sytuacji doszło najwyraźniej do ostrej awantury. Można bowiem zrozumieć jeszcze tych wszystkich, którzy twierdzą, że materializm to co prawda przerażająca i posępna wizja człowieczeństwa, niemniej jednak warta przyjęcia ze względu na swoją prawdziwość. Można bronić przecież poglądu, że egzystencjalna tragedia ludzkiego losu nijak się ma do suchych danych i naukowych faktów, odpornych jak wiadomo na sentymenty i żale. Znikniemy na zawsze i to czyni nas nieszczęśliwymi – lepsza jednak brutalna prawda od słodkich kłamstw. Jak jednak przyznać rację komuś, kto w ostateczności śmierci dopatruje się atrybutu szczęściarza?

Ewangelia(?) ateizmu

Cóż, chrześcijaństwo zawsze twierdziło, że śmierć stoi w sprzeczności z pierwotną istotą człowieczeństwa. Apostoł Paweł nazwał ją “wrogiem”, a autor listu do Hebrajczyków stwierdził, iż Chrystus przez własną śmierć wyzwala “wszystkich tych, którzy z powodu lęku przed śmiercią przez całe życie byli w niewoli”. Ewangelia jest zatem dobrą wiadomością o finalnym przezwyciężeniu śmierci i odebraniu jej przymiotu ostateczności. Dawkins zamiast uderzyć jednak bezpośrednio w Ewangelię – co czyni zresztą przy innych okazjach – usiłuje zniweczyć przyczynę, dla której Dobra Nowina jest w ogóle dobrą. Oto zredukowanie człowieka do poziomu wyłącznie materialnego i związany z tym absolutyzm śmierci jawią się Dawkinsowi nie jako kluczowy problem egzystencjalny, domagający się rozpaczliwie przezwyciężenia, ale raczej jako powód do… zadowolenia i świętowania. “Umrzemy i to czyni nas szczęściarzami!” – twierdzi Dawkins, wbrew niezbywalnym intuicjom człowieka i wbrew zdrowemu rozsądkowi.

Równie dobrze można by powiedzieć rodzicom żegnającym na zawsze swoje tragicznie zmarłe bliźnięta: “straciliście bliźniaki i to czyni z was szczęściarzy; większość ludzi nigdy nie straci bliźniaków, gdyż nigdy nie będzie mieć bliźniaków”. Albo pocieszać ex-milionera, któremu haker wyczyścił właśnie wszystkie rachunki bankowe, mówiąc: “straciłeś fortunę i to czyni z ciebie szczęściarza; większość ludzi nigdy nie straci fortuny, gdyż nigdy fortuny nie miała”. Nie trzeba doktoryzować się nad przewrotną konstrukcją tej argumentacji, gdyż jej nieadekwatność jest aż nazbyt oczywista. Cała dramaturgia śmierci zasadza się na stracie życia, którego wyjątkowy urok sławi między innymi Dawkins. Śmierć jest tak rozpaczliwie brzydka, dlatego że życie jest tak nadzwyczajnie piękne. To możliwość życia czyni nas szczęściarzami, a nie możliwość śmierci. Dawkins dokonuje jednak przewrotnej manipulacji, aby wykazać, że zredukowanie istoty człowieczeństwa do poziomu wyłącznie materialnego skutkuje właściwie nie tyle posępną rezygnacją w obliczu nieuchronności unicestwienia, co raczej możliwością radosnego celebrowania szczęśliwego dla siebie losowania wśród potencjalnych sekwencji DNA.

Zwyczajnie niesprawiedliwe szczęście

Słynny ateista nie poprzestaje jednak na tym, dowodząc dalej, że “świat jest niesprawiedliwy”, a na jego powierzchni pojawiliśmy się “całkiem zwyczajnie”. Trudno uniknąć wrażenia, że Dawkins chętnie powiedziałby “Bóg jest niesprawiedliwy”, ale skoro już w niego nie wierzy, to musi przypisać przymiot niesprawiedliwości… nieosobowej materii. Nie wiadomo przy tym na jakiej podstawie. Mówić przecież, że świat jest niesprawiedliwy, to tak jakby powiedzieć, że taboret babci Hani jest nieuczciwy, a Suzuki wujka Heńka bywa nietaktowne. Chyba, że miał na myśli wyłącznie niesprawiedliwość systemu autoselekcji sekwencji DNA, podobną przez analogię do niesprawiedliwego systemu redystrybuowania dóbr lub niesprawiedliwych mechanizmów rekrutacji na studia. Jednak nawet w takim przypadku sformułowanie Dawkinsa nie straci nic ze swojej brawurowej dowolności. Dlaczego bowiem przyjąć, że mechanizm ten jest raczej niesprawiedliwy niż sprawiedliwy? Jak powinien wyglądać zatem sprawiedliwy mechanizm selekcji i dlaczego właśnie tak, a nie inaczej? Odpowiedź na te pytania wykracza rzecz jasna poza możliwości instrumentarium służącego do opisu tego jak jest, wkraczając na obszar związany z tym jak być powinno, czyli etyki, moralności i szeroko rozumianej aksjologii. Wreszcie kiedy Dawkins mówi, że na świecie znaleźliśmy się “całkiem zwyczajnie”, to znów prosi by wierzyć w coś, co jest wyłącznie niezobowiązującą opinią, aż nadto naznaczoną uporczywym pragnieniem pozbawienia rzeczywistości jakiejkolwiek tajemnicy. Skoro “ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu (…) jest zapewne więcej niż ziaren piasku na pustyni”, to nie widzę żadnego powodu, dla którego miałbym uznać ten fakt za zwyczajny, wzruszyć ramionami i przejść nad nim do porządku dziennego. Równie dobrze Dawkins mógłby namawiać mnie, żebym po wygraniu kilku milionów w grze losowej zanadto się nie ekscytował, wzruszył ramionami i uznał ten fakt za “zwyczajny”. Cóż, czyżby już sama koncepcja nadzwyczajności była dla piewców materializmu tak niebezpieczna?

Memento mori

Bertrand Russell nie bawił się w eufemizmy i na gruncie swojego gorliwego ateizmu nakreślił poruszający portret konsekwencji materializmu: “To, że człowiek jest produktem przyczyn, które nie wiedziały, jaki osiągną rezultat; że jego pochodzenie, jego wzrost, jego nadzieje i obawy, jego miłości i wierzenia są tylko wynikiem przypadkowych przemieszczeń atomów; że żaden entuzjazm, żaden heroizm, żadne wytężone myśli ani uczucia nie mogą uratować życia jednostki przed grobem; że wszelkie zmagania wieków, wszelkie natchnienie i wszelka błyskotliwość ludzkiego geniuszu są przeznaczone na zagładę […], że cała świątynia osiągnięć człowieka musi zostać nieuchronnie pogrzebana – wszystko to, jeśli nie jest całkiem bezdyskusyjne, to jest jednak tak bliskie pewności, że żadna filozofia, która to odrzuca, nie ma nadziei na przetrwanie. Tylko na rusztowaniu tych gorzkich prawd, tylko na mocnym fundamencie tej nieustępliwej rozpaczy może być odtąd bezpiecznie budowane mieszkanie dla duszy”.

Cóż, Russell nie usiłuje zakłamywać rzeczywistości i doskonale wie, jakich wyrażeń żąda pióro uczciwego sceptyka. Nie ma tutaj miejsca na jakąkolwiek formę ateistycznej ewangelii, są wyłącznie “gorzkie prawdy” i “nieustępliwa rozpacz”. Cóż za znakomite określenie wybrał ten brytyjski filozof na określenie skutków egzystencji wymykającej się teistycznym kontekstom – “nieustępliwa rozpacz”!

Konkluzja jest zatem oczywista: umrzemy i – wbrew temu, co sugeruje Dawkins – fakt ten czyni nas nieszczęśliwymi. Jedyną nadzieją na ciągłość bytu, na podtrzymanie trwałości sensu i uratowanie znaczenia życia, jest wiara w życie po śmierci. Redukcja człowieka do poziomu materii oznacza, że wraz z rozpadem ciała rozpada się wszystko, co człowiek ten kochał, cenił i uczynił. Jeśli śmierć jest ostateczna, to życie człowieka jest wyłącznie niezobowiązującą igraszką, pełną wzniosłych słów rozbijanych o żelazne kartki kalendarza. Jeśli Życie Wieczne nie jest destruktorem śmierci, to śmierć jest totalnym destruktorem słomianego życia i potrzeba wiele ideologicznej determinacji, aby tę przerażającą rzeczywistość nazywać uszczęśliwiającą. Dopóki żyjemy, obowiązkiem racjonalnego umysłu jest pamiętać o śmierci i  uważnie wysłuchać historii Człowieka, który – według licznych świadectw i wiarygodnych przekazów – nie zostawił po sobie pustego grobu dlatego, że zamienił się w proch, ale dlatego że z niego wyszedł.

The following two tabs change content below.
Bartosz Sokół

Bartosz Sokół

Absolwent prawa na Uniwersytecie Śląskim oraz teologii w Wyższej Szkole Teologiczno-Społecznej w Warszawie. Interesuje się historią chrześcijaństwa w kontekstach społecznych i kulturowych, filozofią oraz apologetyką. Zachwycony Chrystusem.

Podziel się swoją opinią!