Między homofobią a hipokryzją

Między homofobią a hipokryzją

Bardzo bliskie relacje z osobami homoseksualnymi dość wcześnie skłoniły mnie, aby porzucić wytarte i często nieprawdziwe stereotypy oraz spróbować unieść niebagatelny ciężar cudzych emocji, kryzysu tożsamości i autentycznego pragnienia, aby być zaakceptowanym i kochanym. Wstydzę się często na wspomnienie intelektualnej arogancji, z którą w wieku osiemnastu lat po raz pierwszy wkraczałem w obszar zupełnie nieznany mniemając, że uproszczone odpowiedzi są w stanie uczynić cokolwiek więcej, niż obnażyć brak pogłębionej refleksji, a tym samym jakiejkolwiek troski o osobę, z którą miałem rzadką przyjemność tak szczerze rozmawiać.

Ponieważ wysoko cenię sobie to, co C.S. Lewis nazwał „honorem intelektu”, na miarę dostępnych możliwości podjąłem próbę zdefiniowania właściwych pytań dotyczących osób homoseksualnych, spoglądając na zagadnienie z perspektywy chrześcijańskiej, zanim zdecydowałem się ponownie udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi. W toku własnych poszukiwań i licznych rozmów coraz wyraźniejsze stawało się jednak dość intrygujące zjawisko, mianowicie niemal całkowita niemożność wyrażania moralnych obiekcji przez chrześcijan bez natychmiastowego bycia oskarżonym o homofobię. Obserwacja ta co najwyżej mnie zastanowiła, kolejna jednak zupełnie zasmuciła. Otóż zasługujące na pochwałę pragnienie odżegnania się od homofobii nierzadko doprowadziło wielu ewangelicznych chrześcijan do równie odrażającej hipokryzji.

Będąc przekonanym o chrześcijańskiej powinności uczciwego dążenia do poznania prawdy i dzielenia się nią z otoczeniem w sposób pełen miłości, ukazujący charakter Chrystusa, czułem się uwięziony w potrzasku. Bycie homofobem nie czyniłoby mnie wiarygodnym dla środowiska, do którego pragnąłem dotrzeć; bycie hipokrytą nie przydawałoby mi cnoty jako chrześcijaninowi. Zresztą, cóż to w ogóle za wybór?

Mając na względzie fakt, że napięcie homofobia-hipokryzja pozostaje we współczesnym zachodnim społeczeństwie chrześcijańskim bezprecedensowo duże, chciałbym poddać pod uczciwą rozwagę kilka istotnych obszarów toczącego się dialogu w przekonaniu, że istnieje możliwość stworzenia trwałej i przyjaznej przestrzeni do wartościowych rozmów na tematy dotyczące naszej seksualności, bez potrzeby uciekania się do zachowań homofobicznych lub przejawów hipokryzji. Wyrażam przy tym nadzieję, że w takich właśnie kategoriach odczytana zostanie moja propozycja, zaś milczenie w zakresie oceny homoseksualizmu nie zostanie potraktowane jako podstawa do wyciągania nieuprawnionych wniosków.

Chrześcijańska homofobia

Zgadzam się, że współcześnie „homofobia” nierzadko bywa naprędce przyszytą łatką mającą zdyskredytować dyskutanta i zakneblować jego usta. Wypada jednak zauważyć, że nierzadko zarzut bycia homofobem całkiem słusznie spada również na tych, którzy pomimo – jak sądzę – najczystszych intencji skutecznie odpychają od siebie bądź nieakceptowalnymi twierdzeniami, bądź też nadętym sposobem ich prezentacji. W jaki sposób chrześcijanin może uciekać od zarzutu bycia homofobem?

Bądź wrażliwy

Przede wszystkim nie wolno nam zapomnieć, że osoby homoseksualne stawały się ofiarą dyskryminacji przez wiele wieków, nierzadko podżeganych, inspirowanych lub pochodzących wprost z ręki zadeklarowanych chrześcijan. Każde negatywne słowo wypowiadane pod adresem homoseksualizmu pada zatem najpierw na układ kulturowych filtrów i egzystencjalnych zwierciadeł, zanim skutecznie dotrze do umysłu rozmówcy. Biorąc pod uwagę historycznie złożone i niedwuznaczne relacje Kościoła oraz osób homoseksualnych nie powinno dziwić, że jakiekolwiek moralne zastrzeżenia zgłaszane przez chrześcijan mogą być z niesamowitą łatwością odczytywane jako homofobiczne uprzedzenie oraz wskrzeszanie demonów przeszłości.

Jeśli chcemy tego uniknąć, powinniśmy pamiętać, że komunikacja składa się nie tyle z tego, co mówimy, lecz z tego, co bywa słyszane. Używane słownictwo, opowiadane żarty, niekontrolowane grymasy i mimowolne uśmiechy mogą prędko zdradzić ukrywaną obecność zupełnie nieuzasadnionych stereotypów; obecność, której możemy być nawet nieświadomi.

Bądź racjonalny

Ku własnemu zaskoczeniu odkryłem, że większość osób homoseksualnych zupełnie nie rozumie moralnych obiekcji chrześcijan, toteż wrzucają je do tego samego worka, w którym zwykle przechowywane są polowania na czarownice, wyprawy krzyżowe, wojujący antysemityzm i płaska ziemia. Kiedykolwiek słyszą, że „homoseksualizm jest sprzeczny z naturą”, zapytują: „sprzeczny z naturą według kogo?” Na swoją obronę sprawnie przytoczą przykłady zachowań homoseksualnych zaobserwowanych w świecie natury bądź, co dość ciekawe, podniosą argumenty odnoszące się wprost do tekstu Pisma Świętego, jak chociażby przykład silnej jednopłciowej relacji Dawida i Jonatana lub Noemi i Rut.

W toku dyskusji z ust chrześcijanina może także paść nieco odmienna konstatacja, jakoby „homoseksualizm był niezgodny z Biblią”. Ale i wtedy pojawia się pytanie: „niezgodny z Biblią według kogo?” Osoby homoseksualne słusznie mogą zauważyć, że wprawdzie istnieją wersety biblijne, które tradycyjnie rozumiane były jako jednoznacznie potępiające zachowania homoseksualne, ale – jak prędko skontrują – czyż nie jesteśmy jeszcze nauczeni, że naszą powinnością jest umiejętne oddzielanie „właściwej tradycji” od tej „niewłaściwej”, prowadzącej do wypaczeń, urojeń i błędów? Co więcej, Jezus sprowadził prawo moralne do konieczności bezgranicznego miłowania Boga oraz bliźniego, zaś w ocenie osób homoseksualnych ich skłonności nie stanowią najmniejszego nawet pogwałcenia żadnego z powyższych.

Innym razem chrześcijanie argumentują, że homoseksualizm jest poważnym wykroczeniem, stąd nie powinien być tolerowany. Nierzadko w tym miejscu winę za homofobiczne nastroje społeczne przerzuca się nawet na środowiska LGBT+ twierdząc, że „w domu mogą sobie przecież robić co chcą; demonstrując na ulicach zbudzili drzemiącego smoka”. Znowu, takie rozumowanie jest trudne do zaakceptowania dla osób homoseksualnych, gdyż zdaje się być nieracjonalne. W ich osądzie trudno jednoznacznie dowieść, że homoseksualizm faktycznie jest poważniejszym przestępstwem niż finansowe wykorzystywanie trzeciego świata przez kraje kapitalistyczne, aborcja, przemoc domowa, arogancka propaganda medialna, agresja słowna prowadząca do utraty poczucia własnej wartości i zaburzenia tożsamości czy bezrefleksyjne łamanie przysięgi małżeńskiej na rzecz chwilowych doznań.

Kiedykolwiek chrześcijanin twierdzi, że homoseksualizm stoi w jaskrawej sprzeczności z klarownym nauczaniem Pisma bądź stanowi wyjątkowo destrukcyjny grzech, musi potrafić to adekwatnie zademonstrować, aby nie zostać potraktowany przez środowiska homoseksualne jak umysłowo zacofany fundamentalista, co całkowicie zniweczy jakąkolwiek szansę na konstruktywny dialog.

Bądź obecny

Przyjmuję ze zrozumieniem, że dużo prościej jest swoje racje po prostu wykrzyczeć, aniżeli otworzyć swoje życie na cudze, aby poprzez godziny najszczerszych szeptów i rozmów, wpośród autentycznych wzruszeń i łez, pod ciężarem cudzego egzystencjalnego brzemienia, skrupulatnie usuwając kolejne intelektualne i emocjonalne przeszkody, doznać wreszcie wspaniałego zwycięstwa wynikającego ze zrozumienia naszej niezbywalnej godności Stworzenia Bożego, dzieła Bożych rąk. Wypada jednak, aby taki moralizujący krzykacz posiadał przynajmniej świadomość, że we współczesnej kulturze stwierdzenie „znam prawdę” mieszka niedaleko wniosku „wszyscy inni się mylą”, ten zaś bywa widywany w towarzystwie autorytarnego „wszyscy powinni mnie słuchać”. Taką właśnie drogę przebył faszyzm i komunizm w poszukiwaniu zdolności do unicestwienia dziesiątek milionów ludzkich istnień.

Jeśli więc prawdziwie chcemy prowadzić osoby homoseksualne do spotkania z Jezusem Chrystusem nie wolno nam nie pamiętać, że On nie przyszedł do nas z kijem w ręku, ale z krzyżem na barkach. Czy nie zachęca nas stale do tego, abyśmy wstępowali w Jego ślady?

Chrześcijańska hipokryzja

Mogłoby się wydawać, że z dala od chrześcijańskiej homofobii rozściela się już tylko piękno chrystusowych cnót. Rzeczywistość okazuje się bardziej złożona. Nawet przelotne spojrzenie na stanowiska światopoglądowe dominujące w chrześcijańskim dyskursie na temat homoseksualizmu odsłania ponury obraz homofobii ścierającej się o palmę intelektualnego pierwszeństwa właśnie z… hipokryzją. O ile unikanie uzasadnionego zarzutu o homofobię wymaga wielopłaszczyznowej mądrości, tak aby nie być hipokrytą musimy cechować się nade wszystko spójnością w naszym myśleniu i postępowaniu.

Bądź spójny

Godna pochwały troska o osoby homoseksualne stawia nas niezmiennie w obliczu niełatwego wyzwania, jakim jest sformułowanie chrześcijańskiej definicji grzechu, miłości, natury naszej seksualności, zakresu ludzkiej wolności oraz Bożej koncepcji rodziny i małżeństwa. Sądzę, że byłbym w stanie raczej z powodzeniem dowieść, iż chrześcijanie ewangeliczni zawiesili sobie poprzeczkę odpowiednio wyżej, przyjmując reformacyjną zasadę Sola Scriptura, zgodnie z którą to właśnie Pismo Święte jest kompletnym objawieniem Bożym i najwyższym standardem dla naszej pobożności. Jakie są tego implikacje?

Po pierwsze, czyniąc zasadę Sola Scriptura częścią naszego wyznania wiary deklarujemy, że sposób naszego myślenia i styl naszego życia są kształtowane w oparciu o niezmienne i nieomylne standardy Pisma. Innymi słowy, w sferze prawdy nadrzędne i ostatnie zdanie należy do Boga, który przemawia do nas przez swoje Słowo. Odrobina refleksji nad treścią Pisma i roszczeniami naszej kultury dobitnie jednak przekonuje, że między tymi dwoma światami – światem Bożej woli i światem dynamicznie przeobrażającej się kultury – istnieją niedające się zharmonizować rozbieżności o znaczeniu absolutnie fundamentalnym. Jeśli w praktycznym podejściu do zagadnienia homoseksualizmu zrzekniemy się przekonania, że Bóg przemówił poprzez swoje Słowo na rzecz nawiązania „lepszego” dialogu z kulturą, stajemy w obliczu ogromu współczesnych wyzwań niewyposażeni w nic ponad przypuszczenia i domysły. Ponieważ podwójne standardy moralne są hipokryzją na mocy definicji, możemy być słusznie uznani za hipokrytów, jeśli tylko skapitulujemy standardy Pisma w zakresie homoseksualności, a będziemy się ich stanowczo domagać w innych obszarach chrześcijańskiej moralności.

Po drugie, ilekroć w ucieczce przed homofobią chrześcijanin podnosi jakikolwiek argument z katalogu „miłość bliźniemu złego nie wyrządza” lub „Jezus siedział przy stole z pogardzanymi”, wypada także uczciwie dopowiedzieć, czego taki argument ma dowieść. Czy tego, że Jezus akceptował grzech? Czy tego, że homoseksualizm nie jest grzechem w ogóle? Albo może Jezus czasowo zawieszał doskonały Boży plan, jaki przyszedł wykonać, na potrzebę utrzymania „dobrej atmosfery” i należytej towarzyskiej etykiety, co i my powinniśmy czynić? Czy fakt, że Jezus siedział z grzesznikami przy stole dowodzi czegokolwiek ponad to, że siedział z nimi przy stole? A jeśli tak, to w jaki sposób? Podniesiony argument wymaga stosownego uzupełnienia – zwłaszcza, że nierzadko Jezus odchodząc od stołu podsumowywał swoją wizytę w słowach: „nie potrzebują zdrowi lekarza, ale ci, co się źle mają”. Naturalnie, lekarzem w tym porównaniu jest Jezus. Kim są ci przy stole?

Wreszcie, zabierając się za interpretację Biblii powinniśmy pamiętać, że naszym zadaniem nie jest prowadzenie odkrywczej pracy badawczej, ale raczej coraz głębsze poznawanie doskonałych prawd, które Bóg już przedtem zakomunikował raz na zawsze. Mając to na uwadze, szczególnej istotności nabiera zrozumienie sposobu, w jaki na wiele złożonych zagadnień związanych z naszą moralnością w ogólności i seksualnością w szczególności spoglądał najpierw Jezus, potem apostołowie – naoczni świadkowie jego wielkości, wczesny Kościół oraz ci, którzy przez wieki stawali na ich barkach. Jeśli natomiast ignorujemy spójne stanowisko tych, którzy byli przed nami, czym jesteśmy motywowani? Czy na drodze dociekań intelektualnych byliśmy w stanie wykazać logiczną ułomność i biblijną niespójność ich myślenia, czy też lekką ręką pozwalamy, by niesamowicie bogaty dorobek historii Kościoła przeminął z wiatrem tak, jak obecnie przemija każdy trend i każda moda?

Aby uniknąć zarzutu hipokryzji musimy być zdolni odpowiedzieć twierdząco na pytanie: „Czy mój światopogląd jest ostatecznie kształtowany przez Boże Słowo?” Jest to absolutnie możliwe, aby utrzymać szyki w przekonaniu o nieomylności Pisma, a równocześnie nie popaść w żadną z form zacofanego fundamentalizmu. Jest to także konieczne, aby chrześcijanin stojący na wielkim skrzyżowaniu zachodniej kultury umiejętnie zademonstrował tę możliwość bacznie przyglądającemu się światu.

Mateusz Jakubowski
Autor
Mateusz Jakubowski

Subscribe

Recent posts